Praca wolontaryjna w charakterze opiekunów w domu dziecka w Tupizie w Boliwii.

ALEGRIA znaczy RADOSC z “Goralu, czy ci nie zal” w tle

Wiele razy nie rozumialam, krytykowalam czy mialam watpliwosci co do tutejszej duchowosci, podchodzenia do roznych swiat i uroczystosci. Ale jedno musze przyznac z cala pewnoscia: takiego wybuchu radosci jak dzis podczas mszy wigilii paschalnej jeszcze nigdy nigdzie nie widzialam. Cos naprawde wyjatkowego. Glosny spiew, ludzie prawie tancza, podchodza do siebie nawzajem i zycza sobie szczesliwych swiat Wielkiej Nocy. Do mnie tez podeszlo kilka nieznajomych osób, sciskaj¹c i calujac, dzielac sia radoscia ze zmartwychwstania Pana. Na sam koniec atmosfera zrobila sie naprawde niesamowita. Ale moze po kolei.

Zaczelo sie od Wielkiego Czwartku.

Tegoz dnia uswiadomilam sobie z nostalgia, ze tutaj nie ma bazi… Oczywiscie uroczysta msza swieta, obmycie nóg dwóm zaproszonym rodzinom przez ksiedza Carlosa, kolatek sztuk jedna. A ja zatesknilam za organami, bo sa takie dostojne, a tu caly czas ta gitara… Oczywiscie zamilkla po odspiewaniu gloria. Pod koniec ministranci i ksieza odprowadzili w wewnatrzkoscielnej procesji (choc prowadzacy ministranci juz skrecili w kierunku drzwi, zeby wyjsc na zewnatrz, ale zostali w pore powstrzymani przez starszego kolege) zaniesli Najswietszy Sakrament do Jemu przynalezacej bocznej kaplicy. Adoracja trwala do polnocy w kosciele oraz w okolicznych kaplicach, w Palali, w Remedios, u naszych siostr na dole oraz w jeszcze kilku innych, ktorych nazw nie wspomne. A podczas mszy swietej kosciol spiewal! A w Tupizie to sie nie zdarza zbyt czesto.

Wielki Piatek.

Intensywny jak malo kiedy dzien. Po trzech i pol godziny snu zwloklam sie z ³ozka, zjadlam szybka jajecznice i wraz z siostra Roxana, dziewczynami z gimnazjum, kilkoma licealistkami i czwórka chlopcow wyruszylismy na Krzyz. To jeden ze znaków rozpoznawczych Tupizy, czerwony szczyt z bialym krzyzem, cos jak nasz Giewont. I w kazdy Wielki Piatek ludzie na ten szczyt wchodza z samego rana. Na szczescie dziewczyny w miare znaly droge i nie trzeba bylo sie opierac na watpliwym tlumaczeniu siostry Sonii, ktora kiedys zapytana, któredy idzie sie na Krzyz odparla: „Tamtedy, ale mozna tez tedy” :) . Wykute w czerwonej skale stopnie prowadza na sama gore, a biala farba s¹ po drodze wymalowane stacje Drogi Krzyzowej. Na kazdym przystanku zatrzymywalismy siê na krotka modlitwe i refleksje. Sporo osób wchodzi na góre juz wieczorem dnia poprzedniego, tam spi i czeka az do rana, minelismy wiec po drodze sporo szarych kocow, pod którymi ukryci byli ludzie. Bardzo duoo osob wchodzilo i schodzilo. Cala droga juz po dojsciu u podnóze góry trwala jakies 45 minut, ksiezyc swiecil dosc mocno, wiec latarki nie byly niezbedne. Minelo nas tez kilka pijanych osob, a im blizej szczytu tym wieksza trwala tam impreza. Przy jednej z ostatnich stacji musielismy poprosic grajacego na gitarze mlodego czlowieka, zeby na chwilke przestae. A bynajmniej nie gral i nie spiewal wraz z kolegami piosenek religijnych. Na samej górze dochodzil do tego smród papierosów, które tutaj chyba ss jakims elementem uzywanym w momentach glebszych przezyc. Pod bialym krzyzem ludzie zapalaja swieczki, zatrzymuja sie na chwile. Nie na dlugo, bo miejsca jest niewiele. My zeszlismy w sam raz, zeby dojsc do kosciola na jutrznie. A jak ta nasza Tupiza noca pieknie tam z gory wyglada! Te swiatla, w tle ciemne, ledwo widoczne kontury gor, cos niesamowitego! O poscie wielkopiatkowym dwa slowa. Otóz ponoc wg boliwijskiego zwyczaju post wielkopiatkowy polega na przygotowaniu 12 bezmiesnych potraw i kosztowaniu ich wszystkich, oraz dzieleniu sie nimi z sasiadami, jesli rodzina jest za mala, zeby to zjesc. Ale ponoc jedze symbolicznie, nie objadaja sie tym jakos strasznie. U nas w domu sie do tego zwyczaju nie stosuje. O godzinie 15.00 bylo w kosciele nabozenstwo, czytanie Meki Panskiej, adoracja Krzyza. Dziwnie, bo mi sie to zawsze kojarzylo z ciemnoscia i chlodem, a tutaj prawie srodek dnia i jeszcze dosc cieplo. A ilez bylo tlumaczenia dzieciom, ze nie idziemy na msze swieta, bo dzis mszy nie ma. Wszystko przebiega raczej standardowo, tak jak u nas. Tylko ludzi bylo niewiele. Adoracja Krzyza, wszyscy podchodzili do jednego z dwóch przytrzymywanych przez ministrantów krzyzy, a przy kazdym ministrant przecieral szmatka pocalowane miejsce przed kolejna osoba. Roxana zapytala potem: „Senorita, a dlaczego calujemy krzyz?”, a Cristian wydawal sie nieco zdezorientowany i uwaznie obserwowal innych , zeby wiedziec co ma zrobic, kiedy juz podejdzie. Z kolei pod sam koniec wielkooki Jhoelito zapytal, patrzac na polozony krzyz, zostawiony na koniec dla ludzi, spytal, czy moze jeszcze raz isc pocalowac Pana Jezusa. I tylko potem lekko oburzony rzekl, kiedy przed nim pocalowala Go inna pani „To moja kolej!”. „Góralu, czy ci nie zal” w wersji Wielki Post – czyli boliwijska piesn koscielna. Tak, dokladnie tak. Ojczysty tatrzanski motyw w wysokich, dalekich Andach. Otóz w trakcie Wielkiego Postu, a szczególnie w Wielki Pi¹tek, spiewa sie tutaj piesn na czesc Krzyza Swietego, na melodie naszego polskiego „Góralu, czy ci nie zal”. Nawet w moim spiewniku boliwijskim, wydanym w stolicy – Sucre, przy tejze piesni widnieje notka w nawiasie „melodia polska”. „Victoria, tú reinarás, oh Cruz, Tú nos salvarás” – „Zwyciestwo, Ty bedziesz królowac, o Krzyzu, Ty nas zbawisz” – tak siê spiewa refren, zwrotki równiez sa dokladnie na melodie polskiej piosenki. I to wlasnie spiewano podczas adoracji Krzyza.

Wieczorem natomiast wielka Droga Krzyzowa ulicami Tupizy, ta sama trasa, co w srode z mlodzieza, z tymi samymi „zywymi obrazami” przygotowanymi przez szkoly srednie. Tylko ludzi o wiele wiecej i skupienie o wiele wieksze. W procesji ludzie niesli figurê Chrystusa w grobie, Matke Boska i Swietego Jana, a z tylu szla tzw. banda, czyli orkiestra ze szkoly Suipacha, wyznaczajac rytm kroku bebnami i trabami. Dawniej ponoc brali udzial w tej Drodze Krzyzowej zolnierze, ale z obecnym rzadem to nie przejdzie.

Wielka Sobota.
Do poludnia swiecone byly pokarmy, ale nie ma to tak waznego charakteru jak u nas. Nie ma tylu pieknie przyozdobionych koszyczków, niektórzy przynosza jedzenie w zwyklych garczkach czy siatkach na zakupy. Oczywiscie to, co w srodku, jest nieco inne niz u nas, uwage zwraca zwlaszcza choclo (kukurydza), pigwa, granaty, winogrona.

A nasze dzieci przygotowywaly dzis jajka na wielkanocny konkurs, ja natomiast próbowalam poczytac troche z kilkorgiem chlopcow, Jhoel jest w drugiej klasie, a czyta strasznie wolno i nieskladnie, Victor nie potrafi napisac swojego imienia, a skladanie sylab wogóle mu nie idzie, podobnie jak miesiac temu.

Piekna prawie dwu i pol godzinna Eucharystia, najpierw oczywiscie poswiecenie ognia na które spogladalam z dolu zerkajac spoza sutanny padre Arturo oraz przyozdobionej na dole wzorkami w boliwijskie czerwono-zólto-zielone barwy alby jednego ministranta. Wejscie do koscio³a w ciemnosciach, zapalenie malych bialych swieczek, które ludzie przyniesli ze soba, czytania, gloria przy dzwieku dzwonków, prawie dziesieciominutowe czytanie intencji mszalnych zamówionych przez ludzi (niektórzy np. powierzali sie opiece kilku swietych naraz), chrzest neokatechumenów. Po skonczonej mszy swietej ksieza staneli w drzwiach i skladali ludziom zyczenia. Ja oczywiscie nie moglam postapic inaczej, jak tylko ustawic sie w kolejce do glównego wyjscia, gdzie reke ludziom podawal nasz radosny padre Arturo con alegría. Takiej Alegríi to nigdzie nie ma!

Niedziela Wielkanocna.
Caly nasz dom udal sie na szósta rano na Rezurekcje. Zaden z maluchów nie zasnal, a starsze chlopaki mialy wrecz nadmiar energii. Calosc trwala okolo dwóch godzin, razem z procesja z figura Chrystusa Zmartwychwstalego (zastanawiam sie, czemu tu nie ma procesji z Najswietszym Sakramentem), która trzykrotnie obeszla plac. Na koniec znowu mnóstwo entuzjazmu i radosci.

A Poniedzia³ek to ju¿ najzwyklejszy w swiecie dzien pracy.

Pozdrawiam wszystkich Gorali, ktorym zal i wszem i wobec zycze, zeby ta Radosc tak mocno sie w Was zakorzenila, zeby nigdy uz nic jej z waszych serc nie potrafilo wymazac :)

mierzej

Palmy z palmy i spiewane doktryny – Niedziela Palmowa w Tupizie

Zaczyna siê Wielki Tydzien. Niedziela Palmowa w Tupizie to wazne wydarzenie. Obchody zaczely sie o godzinie dziewiatej rano. Wszyscy zebrali sie przy dworcu kolejowym, gdzie najpierw ksieza poblogoslawili przyniesione palmy, a nastepnie wyruszyla stamtad procesja na miejscowy szczyt Corazón de Jesús – Serce Jezusa, na którym od 60 lat góruje nad miastem biala figura Chrystusa.

W kazda Niedziele Palmowa przyjezdzaja do Tupizy ludzie z nalezacych do parafii oddalonych wiosek, w tym nasi katechisci z grudniowego szkolenia. W procesji ida najpierw ministranci i ksiadz, dalej po kolei delegacje z wiosek, nastepnie dzieci przygotowujace sie do przyjecia Pierwszej Komunii Swietej oraz reszta wiernych. Ja sobie miedzy tym wszystkim biegalam z aparatem. Na przedzie kazdej delegacji idzie wielki krzyz, przyozdobiony gesto zoltymi lub bialymi kwiatami i bialym, fioletowym lub niebieskim materialem, niekiedy z czerwona stula lub bialym materialem na wzor stuly. Niesione s¹ tez trzymetrowe wysokie cale galezie palm, równiez przyozdobione kwiatami i z umieszczona na nich nazwa wioski z jakiej przyjecha³a dana wspólnota. Na ten cel na przyklad jeden pan niedaleko dworca wspial sie na jedna ze stojacych posrodku tupizkiej ulicy palm i zaczal z niej obcinac galezie :) . A dalej ida ludzie z malymi palemkami i zoltymi kwiatami w rekach.

Tutejsze male palmy wielkanocne sa inne niz nasze polskie. Otoz z jasnozielonych lisci palmy uplata sie krzyze przyozdobione malymi kwiatuszkami i kokardkami, male ladne koszyczki oraz palmy skladajace sie z kwadratowych splecionych kwadracików i wystajacego dluzszego liscia. Jedna pani sprzedawala tez duze rozance (tak wygladaly, choc ilosc paciorkow sie zdecydowanie nie zgadza) oraz pierscienie z lisci palmy. Wyglada to wszystko bardzo ladnie i delikatnie.

Podczas procesji kazda grupa spiewa tzw. doctrinas, czyli specjalnie przygotowane na te okazje piesni. Kazda grupa spiewa cos innego, wiec panuje maly chaos. Po drodze oczywiscie nie mog³oby siê obejœæ bez ma³ych stoisk z lodami i napojami.

Tak id¹c wszyscy dochodza na Corazón de Jesús, gdzie odbywa siê uroczysta msza swieta. Oltarz przygotowany pod figura, przedstawiciele wiosek ze swoimi krzyzami i ogromnymi palmowymi galeziami staja wokol, a za nimi reszta ludzi. Przez caly czas swiecilo piekne slonce. Ewangelia odczytana na role, potem niedlugie kazanie padre Arturo, najprawdopodobniej nowego ksiedza proboszcza, ale to jeszcze nie jest pewne, bo “jeszcze nie nadeszla oficjalna nominacja” ;)

Po zakonczeniu mszy swietej ludzie zeszli na dol, delegacje z wiosek ustawily sie w rzedzie naprzeciwko kosciola, a przed wejsciem ustawione zostaly mikrofony i sprzet, zeby kazda grupa po kolei prezentowala przed wszystkimi spiew doctrinas. Doctrinas to niekiedy stare piesni, niekiedy nieco nowsze utwory. Na mnie najwieksze wrazenie zrobily te spiewane przez starsze panie i panów, zawodzacych na przemian wysokimi i niskimi dzwiekami tradycyjne andyjskie melodie, tak jak to dawniej ponoc spiewali dziadowie i pradziadowie. Nieliczna grupa z Chilcobijy zaspiewala nawet jedna piesn w quechua. Nie sa to profesjonalni spiewacy, falszuja, owszem, ale widac, ze spiewaja z wiara i pieknie kultywuja te tradycje. Po kolei kazda grupa wchodzila na podwyzszenie i prezentowala przygotowane utwory. W polowie zaczal lac deszcz i zrobilo sie zimno, ale oni wytrwale po kolei spiewali. Cos w tych ich spiewach jest niezwyklego!

mierzej

PS. Przzepraszam, ze te zdjecia takie pomieszane niesymetryczne i niewymiarowe, ale jestem spiaca, bo dzis jakas taka pogoda senno-deszczowa. A myslalam, ze pora deszczowa juz sie skonczyla…

Co dalej…?

Ciężko zebrać myśli… minęły już dwa tygodnie w Polsce, ale pewnie potrzeba mi będzie co najmniej dwóch miesięcy, żeby jakoś się na nowo wejść w życie tutaj, piszę jakoś, bo aby wejść w nie całkiem potrzeba pewnie o wieeelee, wieeeleee więcej czasu, może 2 lata?

W pierwszym wpisie na bloga, zastanawiałam się “dlaczego Boliwia?”, był to dla mnie jakiś anonimowy kraj, ot nazwa geograficzna, plamka na mapie świata. Nie potrzeba było wiele czasu, a w, do tej pory niezbyt mnie interesującej Ameryce Południowej zakochałam się bez dwóch zdań. Natomiast Ta właśnie BOLIWIA, która przez ostatnich 8 miesięcy była moim DOMEM, stała się też i już na zawsze zostanie moją drugą OJCZYZNĄ.

Czytaj więcej »

Z figura idac przez miasto, czyli andyjskie procesje [i defilada gratis]

 O boliwijskim sposobie przezywania roznych uroczystosci koscielnych wiele moznaby napisac. Jednym z charakterystycznych elementow sa procesje. Dla tutejszych ludzi bardzo wazne sa figury Matki Boskiej i Swietych. Jeszcze jakis czas temu podobno ludzie wchodzac do kosciola kierowali sie od razu i tylko w kierunku figur, teraz juz na szczescie coraz wiecej wie czym jest Tabernakulum.

A co do procesji, to mialam na razie okazje uczestniczyc w dwoch wiekszych wydarzeniach, nie wspominajac o wielu pomniejszych procesjach, jakie odbywaly sie wokol placu po mszy.
Pierwsza z nich byla coroczna procesja z okazji uroczystosci Matki BOskiej z Remedios, tutejszego sanktuarium maryjnego.
Najpierw figure przyprowadza sie do glownego kosciola, gdzie przebywa ona przez tydzien, a potem nastepuje jej odprowadzenie do “swojej” swiatyni. Podczas procesji z Remedios ludzi bylo niewiele i tylko trzy przystanki. Ponoc ludzie byli obrazeni, przez to, ze po raz pierwszy nie przenoszona do kosciola oryiginalnej figury tylko kopie, bo oryginalna jest w coraz gorszym stanie.
W drodze powrotnej natomiast chyba sie juz wszyscy przeprosili. Z kosciola w procesji ludzi wyszlo niewiele, ale po drodze wciaz dolaczali sie kolejni.
Sporo z nich mialo ze soba parasolki majace chronic przed palacym sloncem. Chyba juz sie ludzie przeprosili z ksiedzem, bo na calej trasie bylo ponad 30 bram i stolików, tworzacych przystanki dla Matki Boskiej. Kiedy zatrzymywalismy sie na jednym, dalej juz bylo widac 5 kolejnych, czasem ledwie o 5 metrów od siebie oddalonych. Przy kazdym krótka modlitwa, wiec cala procesja trwala az dwie godziny. Ciekawy byl wyglad niektorych bram ozdobionych lyzkami i talerzami, lub, w wykonaniu mlodziezy, obwieszonych pluszowymi misiami i innymi stworkami (po jednej np. wspinal sie pomaranczowy dinozaur), a na jednym stoliku na którym miala byc polozona figura, do obrusa przyczepiony byl bialy pluszowy królik. W poblizu szedl pan odpalajacy petardy, a z kiedy szlismy przez centrum z jednego z okien ludzie pieknie rzucali platki roz. Nie obeszlo sie tez bez konfetti, którego tutaj sie nie rzuca, tylko doslownie wklepuje w glowy obecnych, czy to slub, czy bierzmowanie, czy urodziny, czy uroczyste zakonczenie szkoly. Po drodze przylaczy³a sie jeszcze jedna figura Matki Boskiej, i tak szly dwie, jedna za druga, az do kosciola, do którego zostaly wniesione w uroczysty sposób, zeby stanac po bokach, bo w centrum byla oryginalna, zdecydowanie najpiekniejsza, figura Virgen de Remedios. Zatem razem podczas mszy by³y 3 figury.

I druga procesja, tym razem do Palali, przeniesienie z powrotem figury El Senor Justo Juez, czyli Pana Jezusa Sedziego Sprawiedliwego. Jak zwykle towarzyszace petardy, bebny, traby i talerze. Na przygotowanych przystankach nie by³o bram jak dla Matki Boskiej z Remedios, same stoliki, ludzie rzucali nie platkami roz, a jakichz zoltych kwiatów. A za cala procesja jechaly trzy niesamowicie przyozdobione samochody: cale wlasciwie pokryte aguayo (to najbardziej typowy andyjski material), zostawione tylko male otwory dla kierowcy. Pierwszy samochód caly obsadzony pluszowymi maskotkami: misiami, pieskami, a nawet reniferem. Drugi pojazd caly oblozony lyzkami i talerzami, nawet dwa spore miedziane talerze imitowaly przednie swiatla. A na trzecim… siedzia³y dwie sporych rozmiarow, elegancko ubrane, lalki…

Procesje procesjami, we wtorek natomiast byla defilada. Z okazji Dnia Morza. Przypomne, ze Boliwia utracila morze okolo 150 lat temu w wojnie z Chile, a rozpacza nieustannie jakby to bylo wczoraj. POwtarzaja tez, ze morze trzeba odzyskac, bo to historyczna sprawiedliwosc. Poubilam sie w ilosci przemaszerowujacych szkol, trwalo to ponad poltorej odziny w palacym andyjskim sloncu.

Pozdrawiam,

mierzej

PS. Chcialam wrzucic zdjecia, ale cos tu chyba nie dziala…

DZIEKUJE!

Blog rusza od nowa i ja chyba tez od nowa musze ruszyc. Moment ten zblizal sie nieublaganie, a ja jakby zupelnie nie bylam go swiadoma ani przygotowana. No i nadszedl. Dominika wyjechala.
Jeszcze przed wyjazdem do Boliwii wielu osobom mowilam, ze nie wiem jak to bedzie kiedy ona wyjedzie. Zawsze wszyscy z pewnoscia w glowsie odpowiadali: “Spokojnie, wtedy to juz bedziesz na tyle obyta z placowka, przyzwyczajona do ludzi, ze bez problemu sobie poradzisz!”.

Juz tutaj na miejscu czesto slyszalam od siostr i dzieci, ze teraz “zostane sama”. Odpowiadalam im zawsze z przekonaniem, ze nie zostane sama, bo przeciez oni tutaj sa ze mna. Szescdziesiatka dzieci to nie bagatela. Chyba jednak troche mieli racje…

Przyszedl ten moment. Nidy nie wyobrazalam sobie, ze bedzie on taki trudny. Rowniez przed naszym wyjazdem do Boliwii powtarzalam i czulam bardzo mocno, ze chocbym w nie wiem jakie miejsce trafila, nie wiem jakich bym ludzi spotkala, to na pewno bede sie tam czula jak w domu, bo jedzie ze mna Dominika. I tak faktycznie bylo. Razem przyjechalysmy, razem probowalysmy rozryzc te nasza nowa ojczyzne, nasz dom, dzieci, wspolpracownikow, znajomych. Razem poznawalysmy Boliwie i jednoczesnie wchodzilysmy coraz lebiej w siebie nawzajem. I teraz widze, ze niby ta sama nasza ukochana Boliwia zdaje sie byc inna wlasnie przez to, ze jej tu nie ma.

Kiedy Dominika wchodzila przez bramke na lotnisku, dlugo i mocno sie przytulilysmy. Bez ani jedneo slowa.
Bo  w sumie co powiedziec? Przez ostatnie 7 miesiecy bez przerwy bylysmy razem. Wiecej niz w domu z rodzina, bo czlowiek wychodzi do pracy, szkoly, znajomych. A my razem jadlysmy, spalysmy w jednym pokoju, razem pracowaly, razem odpoczywaly, jezdzily na wakacje, zalatwialy rozne formalnosci. Po prostu wszystko bylo razem. Kiedy cos któras z nas zdziwilo, rozbawilo, zastanowilo, zaskoczylo, zainteresowalo, zdenerwowalo, zawsze druga byla obok. Taka atención 24/24, jak ostry dyzur.

Teraz co chwile dzieci mowia, ze tesknia za senorita Dominika, ze chca zskoczyc z rzeki na most (takie wyrazenie smiszne maja), bo Dominika wyjechala, pytaja czy wroci, czy ja tez tesknie. A wieczorem zaczeli sie martwic jak ja teraz bede taka sama spac w pokoju, czy nie bede sie bac i juz zaczeli mi wyszukiwac wolne lozka w swoich pokojach.

Zeby nie zakonczyc zbyt grobowo to wspomne fragment, jaki zobaczylysmy razem kiedys wygrawerowany na tablicy nagrobnej w Tupizie:
„Tu partida no es una ausencia sino un cambio de presencia”, czyli:
„Twoje odejscie nie jest nieobecnoscia, ale zmiana obecnosci”

:)

DZIEKUJE ZA WSZYSTKO!!!

mierzej

PS. Ale wierzczie, ze jak patrze w wielkie oczy Jhoelito, slysze od Jhobany, ze szybciutko zrobi zadanie (a wiem ze przed noca nie skonczy), Alan udaje siostre zakonna, Abel stanowczo odmawia zrobienia zadania, Luisito skarzy na wszystkich wokol, Roxana co chwile przylatuje o cos pytac, a Sheila sie przytula, to wiem, ze za nic w swiecie bym tego nie zamienila!

Wszyscy Swieci baluja :)

Oj, inaczej niz w Polsce, zupelnie inaczej sie tu w naszej Boliwii Wszystkich Swietych obchodzi! Zupelnie inna atmosfera, oryginalne zwyczaje, jednym slowem dwa bardzo ciekawe dni.

Otoz 1-szego listopada Boliwijczycy nie ida na cmentarz, jeszcze porzadkuja groby i przygotowuja sie do swietowania dugiego dnia. Robia tez zakupy. Od jakiegoś czasu w Tupizie jest specjalna uliczka, na ktorej rozstawione sa kramiki z cmentarnymi akcesoriami. Wience z kolorowej folii (w wiekszosci wygladajace bardzo tandetnie) oraz cmentarne slodycze: krzyze do lizania, drabiny z transkrypcja INRI lub QEPD (Niech Spoczywa w Pokoju), dzieci o demonicznym wygladzie i cukrowe trumny. Sprzedawane jest tez mnostwo pysznych ciasteczek zwanych masitas i chlebowe figurki zwane turcus. Mamy juz w kuchni trumny, krzyze i drabiny.

Wieczorem pierwszego listopada Boliwijczycy wychodza ze swoich domow. Na okreslenie tej tradycji chodzenia po domach uzywany jest specjalny czasownik turquear, pochodzacy od tzw. turcos, czyli chlebopodobnych figurek porozstawianych na “oltarzykach” przygotowanych w kazdym domu. Tak wiec sobie dziś poturqueowałyśmy :) . Po ulicach Tupizy chodzilo mnostwo grup z wypelnionymi slodyczami czarnymi torbami foliowymi, w takaz torbe zaopatrzylismy sie rowniez i my.

Czytaj więcej »

A teraz…

Wolontariusz wyczerpany pisaniem ksiazki jedzie na wakacje. Od 01.10.2009 do 06.10.2009. Pozdrowimy od Was wulkany, gejzery, kolorowe, zolte, niebieskie, biale i zielone jeziora, i sol na najwiekszym solnisku swiata!

PS. “Señorita! Prosze nam przywiezc 60 butelek wody z Salar de Uyuni, jojo z soli dla chlopcow, lalki z soli dla dziewczynek, i czolg z soli!”
“Niech pani nie jedzie!”
- rzekly dzieci nasze
mierzej i domi

Zdenerwowany wolontariusz (zeby nie rzec wsciekly!)

Tak wlasnie bywa. Czasem cos czlowieka po prostu wkurzy, i musi o tym opowiedziec, zeby zrobilo mu sie lzej. Zatem jestem wkurzona!
Chodzi o Liliane, dziesiecioletnia dziewczynke z naszego domu, ktora nie umie czytac, pisac ani liczyc. A tak poza tym, to swietna radosna dziewczynka, ktora uwielbia skakac na skakance, jest zawsze chetna do pomocy i calkiem do rzeczy mozna z nia porozmawiac. Dzis po raz kolejny rozmawialam z siostra na jej temat, i potrzebuje teraz jakos odreagowac.
Liliane poznalam szybko po przyjezdzie, kiedy podeszlam do niej i probowalam pomoc w zadaniu z matematyki. Po krotkiej probie wyjasnienia obcemu jeszcze wtedy dziecku o co chodzi w mnozeniu w slupkach spostrzeglam, ze Liliana zupelnie nie zna liczb. Nie odroznia 35 od 53, 22 od 57, a pojecie dodawania i mnozenia to dla niej totalna abstrakcja. Od tego czasu tak sie przyjelo, ze zadanie z Liliana zawsze odrabiam ja (DOminika ma drugi podobny przypadek, dziewieceiletniej Kathy, ktora jednak ostatnio zostala przeniesiona do pierwsze3j klasy i ma o woele prostsze zadania). Co ciekawe, podczas naszych pierwszych przepraw Liliana wcale sie nie zniechecala, ale probowala caly czas pracowac. Cieszy ja, ze ktos zwraca uwage tylko na nia.
Potem dowiedzialam sie od siostry, ze oboje rodzice Liliany to alkoholicy, i bardzo prawdopodobne, ze jej problemy w nauce sa spowodowane zmianami w mozgu zwiazanymi z uzaleznieniem rodzicow. I ze byc moze ona po prostu nidgy nie bedzie mogla sie pewnych rzeczy nauczyc.

Czytaj więcej »

Czas leci …

Cwierc wieku za mna! choc tu przyszlo o 6 godzin pozniej niz w Polsce ;) ) ale juz tuz po polnocy polskiego czasu dostalam pierwsze zyczenia- od mamusi :) )) dzieki calej mojej kochanej rodzinie za zyczenia i modlitwe!! bardzo mocno czuje, ze jestescie tu ze mna i za to Wam dziekuje!!!

Rok temu nie spodziewalam sie, ze moje 25 urodziny spedze w Ameryce Poludniowej, a tydzien temu nie spodziewalam sie, ze spedze je w lozku… dwa dni wczesniej brzuch mnie zaczal bolec i pan doktor powiezdial, ze mam gastritis (bo Boliwijczycy jezda bardzo dluzo i tlusto, wiec moj nieprzyzwyczajony zoladek odmowil mi prawie dwoch miesiacach posluszenstwa).
Ledwo otworzylam oczy uslyszlam odspiewany ma moja czesc przez Kasie marsz zalobny. “cumpleanos feliz…” to tutejsza piosenka urodzinowa, ale nie wiedziec czemu dwa pierwsze jej wersy dzieci spiewaja tutaj niczym na pogrzebie. A zaraz potem zobaczylam kolo mojego lozka kilka kolorowych paczuszek i sliczna recznie wykonana karteczke – prezenty urodzinowe od Kasi. Nie lubie sie chwalic, wiec nie powiem, co bylo w srodku, ale tez byscie takie chcieli :) )
prawie caly dzien spedzilam w lozku… ale wynagrodzil to wieczor. Zeszlam na dol,gdzie w duzej sali dzieciaki choralnie odspiewaly mi polskie sto lat, potem ichniejsza piosenke pogrzebowa ;) ) po czym wreczyly laurki,jedna kolektywna stworzona przez wszystkich i kilka indywidualnych. Szczegolne wrazenie zrobila na mnie laurka Davida, wypieszczona jak sie tylko dalo z anioleczkami i kwiatuszkami z papieru i tekstem: “Wszystkiego najlepszego seniorita Dominika, niech Bog Pania blogoslawi, przygotowywalem ta kartke z wielkim , bo Pani jest moja najlepsza przyjaciolka, a poza tym, ze jest Pani nasza przyjaciolka pozycza nam pani duzo ksiazek, zebysmy sie nauczyli czytac. Dziekuje za wszystko!”.
zszokowalo mnie to tym bardziej, ze jakiegos bardzo bliskiego kontaktu z tym chlopakiem nigdy nie mialam, zawsze troche zamkniety, przytula i garnie sie do nas mniej niz reszta,a jak pytam ich przed sprawdzianem w szkole, to niemozliwoscia jest zmusic Davida, zeby chociaz na 2 minuty siadl z nami i sie pouczyl. Potem przyszla kolej na zyczenia, byliscie kiedys z okazji urodzin sciaskani przez 60 osob, kazda z osobna!?
no i wreszcie tort, a wlasciwie 2 torty bo jeden by nie starczyl, robiony siostre Sonie (zwana miedzy nami Nuestra Madre!), a tort byl pyszny!!

mimo moich problemow zoladkowych i nakazanej przez dr Cabeze diety, zjadlam malutki kawaleczek i zyje i mam sie dobrze :) ) Potem jeszcze krotka czesc artystyczna, troche tancow i fruuu, do lozek, bo “seniorita musi odpoczywac” :) ) Bedzie co wspominiac :)

Teraz troche o zajeciach. Nie sadzilam, ze kiedys dojdzie do tego, zebym musiala kogos uczyc informatyki, a jednak :) Jestesmy niemal niczym Kuba Wczelik w Zambii (pozdrawiamy!) :) Mamy tu dwa komputery z ktorych nikt nie korzysta bo prawie nikt nie wie jak, oprocz siostr i kilku starszych dziewczyn, ktore w zasadzie potrafia tylko muzyke wlaczyc, ew cos napisac, czy narysowac jak sie im pokaze jak i gdzie. Wiec zaczynamy od tego co to jest pulpit, do czego sluzy kosz czy folder, jak robi sie odstepy w tekscie i czym zmazac jesli sie pomyli. Co drugi dzien, na zmiane kazda z nas ma lekcje z 2 innymi dziewczynami. Troche mlodszym tez by sie przydalo, zeby choc raz wlaczyli komputer, ale poki harmonogram mamy zbyt napiety.

Uczymy tez angielskiego, wszystkie dzieciaki, od tych najmlodszych, a ostatanio s. Juana tez wyrazila chec uczestnictwa w zajeciach, co nas barzdo ucieszylo. “My name is…” niektorym sprawia nielada problem zrozumienie, ze inaczej sie czyta a inaczej pisze, ale niektorzy swietnie wszystko lapia i chca spiewac piosenki z “Titanica”.
Ja prowadze zajecia ze starszymi dzieciakami, a kasia z maluchami. Uczniowie Kasi zapytani, czy umieja juz cos po angielsku odpowiedzieli choralnie, ze tak, po czym zaczeli wykrzykiwac jakies dziwnie brzmiace zdania w quechua!Wiekszosc jest bardzo chetna i przejeta, przed pierwsza lekcja 7-letni Mario wybieglo z wielce przerazona mina, ze jest spozniony: “Ojej! gzdie to trzeba isc?!” – po co? – “Zeby sie uczyc angielskiego!”. Prowadzimy tez zajecia plastyczne, teatralne i cos na ksztalt dziennkikarskich.Tylko czemu doba nie jest dluzsza?!

Stałam dwa metry od Evo!

Evo Morales, presidente de la República, przyjechal do Tupizy!
Tak, nasze male zagubione w gorach miasteczko odwiedzil we wlasnej osobie sam prezydent. Odbylo sie to z okazji przekazania Tupizie sprzetu rolniczego i otwarcia nowego mercado. Na placyku jakieo 200 metrów od naszego domu, przez który dzien w dzien kilkakrotnie przechodzimy odprowadzajac/przyprowadzajac dzieci do i ze szkoly i robiac wszelkie inne wyprawy, ustawiona by3a scena, a naprzeciwko niej grupa ludzi z transparentami popierajacymi pana prezydenta. Wracajac z kosciola, ludzi bylo o wiele wiecej, stala wojskowa orkiestra, a lolnierze kierowali wszystkich przechodzacych bokiem. W tle lecialy z glosnikow piesni wychwalajace ojczyzne, prezydenta i socjalizm: „Viva Bolivia, viva Evo”, „Los cambios aquí y ahora son cambios para manana, tus hijos verán los frutos, Bolivia cambia!” („zmiany dzis i teraz to zmiany na jutro, twoje dzieci zobacza owoce, Boliwia sie zmienia!”). Melodie jak u nas za komuny.

Czytaj więcej »

Partnerzy

Polska Pomoc
Obrazek
ObrazekDominika Oliwa
ObrazekKatarzyna Mierzejewska
"Publikacja wyraża wyłącznie poglądy autora/autorów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP."